wtorek, 28 sierpnia 2018

Szczęśliwe życie bez Kościoła



Poniżej publikuję historię mojej znajomej, pani Jadwigi. Przed niemal rokiem fragmenty tekstu z komentarzem opublikowałem w „Tygodniku Faktycznie”. Przyszedł czas aby niemal cały tekst, już bez komentarza opublikować w internecie. Czytajcie i upowszechniajcie. Jestem pewien, że warto.
Szczęśliwe życie bez Kościoła
Jestem wdową w wieku „moherowym”. Ale trzymam się z daleka od Kościoła. Moje odejście od tej instytucji sprowokował sam Kościół już kilka dziesiątków lat temu. A jak to się zaczęło?
W domu rodzinnym otrzymałam solidne katolickie wychowanie. Najpierw był chrzest, potem pierwsza komunia i bierzmowanie. Aż do matury pilnie uczęszczałam na lekcje religii, a przez całe studia aktywnie działałam w tzw. duszpasterstwie akademickim i następnie w Klubie Inteligencji Katolickiej. W kościele bywałam nie tylko w niedzielę i święta, ale też w pierwsze piątki miesiąca. Wybrałam się nawet na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Rodzice byli dumni i szczęśliwi.
Potem pojawił się ON. Od początku wyczułam w NIM bratnią duszę. Był spokojny, dobry, wrażliwy, czuły, opiekuńczy, troskliwy… Wymarzony partner na dalsze wspólne życie. Zapowiadało się pięknie, ale… Powiedział mi, że od ponad dziesięciu lat jest rozwiedziony, a w związku z tym nie będziemy mogli wziąć ślubu kościelnego. Dla moich Rodziców to szok!!! Jak to!? Ich ukochana córka bez ślubu kościelnego?! No i w domu rozpętała się „trzecia wojna światowa”…
Na nic się zdała nawet rozmowa z zaprzyjaźnionym księdzem, który stanął po NASZEJ (!!!) stronie i tłumaczył zawiedzionym Rodzicom, że życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy tego chcieli. Jedyne co ksiądz mógł dla nas zrobić, to w zaciszu kancelarii poświęcił nasze obrączki. Ale to nie zadowoliło Rodziców, więc my, będąc pewnie swoich uczuć, postanowiliśmy nie przedłużać stanu „wojny”. Ślub cywilny wzięliśmy po zaledwie 5 miesiącach znajomości. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy Rodzice zaszczycą ceremonię swoją obecnością. Na szczęście przyszli i, co najważniejsze, zaraz po ślubie wszystko się zmieniło. Rodzice odpuścili i pogodzili się z faktami.
A nasze małżeństwo? Było takie, o jakim marzyliśmy. Kochaliśmy się i każdy dzień zbliżał nas do siebie. Przetrwaliśmy różne dobre i złe chwile, byliśmy przy sobie w zdrowiu i w chorobie. Przez ponad 30 lat zawsze razem, zawsze zgodnie, zawsze z troską o wzajemne dobro. Wszyscy znajomi dawali nas za przykład udanego i szczęśliwego małżeństwa.
A co z Kościołem? Kościół nad odrzucił. Owszem, mogliśmy do kościoła przychodzić, modlić się i (a jakże!) dawać na tacę. Jednak sakramenty nam się nie należały. W Kościele byliśmy łaskawie tolerowanym, ale jednak „gorszym sortem”. Moglibyśmy uczestniczyć w specjalnych nabożeństwach dla związków niesakramentalnych, ale my nie czuliśmy się katolikami „specjalnej troski”, ani nie chcieliśmy łaski.
Ja nauczyłam się żyć bez Kościoła i bez kościelnej obłudy. Uświadomiłam sobie, że chociaż żyliśmy z mężem „jak Pan Bóg przykazał”, to Kościół nas napiętnował i wykluczył. Nie robiliśmy nic złego, nasze małżeństwo było wzorem i przykładem, a jednak Kościół traktował nas gorzej niż bandytów, złodziei, czy nawet morderców! Każdy z tych złoczyńców mógł bez problemu otrzymać rozgrzeszenie i komunię, a my – nie! Nie zamierzaliśmy w Kościele pełnić roli pętaków i Kościół nie był nam potrzebny do tego, żeby żyć przyzwoicie i uczciwie.
Teraz jestem wdową. Teoretycznie mogłabym wrócić, ale… Przez te wszystkie lata nauczyłam się żyć bez Kościoła. Wtedy Kościół mnie nie chciał, a teraz ja już go nie chcę. Za późno!!!
Zrozumiałam, że bez Kościoła można być dobrym człowiekiem. Znam wiele osób, które omijają kościoły szerokim łukiem, a które są pełne empatii, życzliwości i wielkiego serca, a e znam też osoby stale biegające do kościoła, a od lat skonfliktowane nawet z najbliższymi, żyjącymi pod jednym dachem. A czy nie widzimy w telewizji (do niedawna szczególnie 10-tego dnia każdego miesiąca) wychodzących z kościoła „rozmodlonych” osobników z różańcami i krzyżami w dłoniach, którzy gotowi są tymi różańcami bić bliźnich po głowach, a krzyżami wydłubać im oczy? Czy to nie Kościół „hoduje” i popiera fanatyków? Czy to nie fanatyzm religijny jest powodem większości straszliwych wojen i konfliktów ? Czy to nie Kościół, rozgrzeszając swoich grzeszników, w pewnym sensie przyczynia się do ich bezkarności ? Przecież ci ludzie wiedzą, że choćby najbardziej zgrzeszyli, to po prostu wyspowiadają się i… po sprawie. Można grzeszyć od nowa!
Ja staram się na co dzień być po prostu przyzwoitym człowiekiem. Nie szukam też niczyjego rozgrzeszenia. (..) I dobrze mi z tym!
Jadwiga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz